Był sobie Pan X i Pani X. Państwo mają dorosłą córkę. Pięknie i dobrze im się żyło w Warszawie w eleganckim i pięknym domu w dzielnicy wspaniałej na literę "S", ale przyszedł dzień, że wszyscy zgodnie stwierdzili, że tej idylii rodzinnej to dość już. No i kupili Państwo X córce swej jedynej mieszkanie. Też w Warszawie. Na drugim końcu miasta, po drugiej stronie rzeki. W ofercie agencji wszystko było takie piękne i wspaniałe. Sąsiedztwo, poczta, portugalski market na "B", nawet plac zabaw w pobliżu. No i miejsce parkingowe w hali garażowej. Sakramentalne "bierzemy" padło szybko. Niedługo po sfinalizowaniu transakcji okazało się, że jedna ściana wewnątrz mieszkania jest cała mokra. Remont. Ledwo się remont skończył, już trzeba było organizować kolejny w obrębie tej samej ściany. Powód? Niewłaściwie wykonany dach budynku. W toku sprawa wspólnoty o zapłatę. Dach cały czas przecieka. Państwo sprzedający deklarują, ba, klną się na wszystkie świętości, że w ogóle nie wiedzą o co chodzi. Jaka ściana? Jaka woda? Co?
A we wspólnocie zdeponowane dokumenty z ich podpisami pod uchwałą o ustanowieniu pełnomocnika w sprawie przeciwko deweloperowi właśnie w tej sprawie złożone tydzień przed sprzedażą.
Biegły z zakresu budownictwa, biegły z zakresu wyceny nieruchomości, świadkowie – członkowie wspólnoty itp, itd, etc. No proces po prostu
Finał: nie do końca dobrowolnie (decydującą rolę w perswazji sprzedawców odegrał jednak sąd), ale tam, gdzie miał się odbyć (u moich klientów), był szczęśliwy. Państwo X wygrali niemal 100 tys. zł!
